Josephs.ScotBorowiak Properties Ltd

REKLAMA

Jak Tom i Jerry zdobyli Alaskę...
Utworzona: 2022-09-03

Pokonać Starami 266 dystans 17.200 km jadąc niemal non-stop to nie lada wyczyn, chociażby dlatego, że komfort jazdy jest kiepski, dokucza hałas i wstrząsy w kabinie oraz dołuje myśl, że za chwilę coś może nawalić. Dokonali tego śmiałkowie z wyprawy "Starem 266 dookoła świata" docierając z Florydy do krańca Alaski, a niedługo później do Kalifornii. A to dopiero pierwsze dwa etapy.

Czym jest Star 266 – wie każdy miłośnik polskiej ciężkiej motoryzacji. To produkowany seryjnie w latach 1973-2000 terenowy samochód ciężarowy z napędem na trzy osie, ulubiony środek transportu polskiego wojska i straży pożarnej. Dwie takie ciężarówki wyszukali i kupili w naszym kraju polscy truckerzy osiedli na stałe w Stanach Zjednoczonych, a konkretnie na Florydzie.

Od kogo kupili?

Od strażaków, rzecz jasna. Pierwszego, czerwonego, z kabiną załogową i zabudową pożarniczą, nabyli już w ubiegłym roku od jednostki OSP w Karpnikach. Ten drugi, w barwach wojskowych, wykorzystywany przez strażaków do przewozu węży, motopompy i dodatkowego sprzętu, trafił do USA z jednostki PSP w Bolesławcu na krótko przed startem wyprawy.


Na samochodach, już na Florydzie, pojawiły się ciekawe numery rejestracyjne, nawiązujące do źródła ich pozyskania: OSP PL oraz PSP PL. Wyprawę zadedykowano polskim strażakom.

Kto to wymyślił?

Inicjatorami przedsięwzięcia byli Jerzy "Jerry" Stetz, profesjonalista z 27-letnim stażem za kierownicą amerykańskich ciężarówek i jego kolega po fachu Tomasz "Tom" Wator, który jako trucker w USA przepracował 13 lat.


Obaj kierowcy są zapalonymi motocyklistami i pierwotnie chcieli z grupą przyjaciół dotrzeć na Alaskę jednośladami. Skończyło się na tym, że dojechali do Kalifornii i przerwali dalszą podróż z powodu pandemii. Później, gdy sytuacja epidemiologiczna się ustabilizowała, doszli do dość oczywistego wniosku, że podróżowanie po Alasce będzie bezpieczniejsze i nieco bardziej komfortowe w kabinach ciężarówek. Jakich? Oczywiście oldtimerów. Na początku wybór padł na znajdującego się w USA Unimoga z 1967 r., który jednak został przez właściciela sprzedany komuś innemu. Wtedy doszli do wniosku, że odpowiednim pojazdem będzie Star 266.

Dlaczego zorganizowali wyprawę?

Wyruszyliśmy żeby spełniać swoje marzenia i przeżyć przygodę. Dobrze spędzić czas i poznać fajne miejsca. Wybraliśmy Stara 266, który jest znany z tego, że w lecie jest w nim gorąco, a zimą – zimno. I jeszcze z tego, że jak z niego nie cieknie, to nie jedzie. Tak naprawdę wierzyliśmy jednak, że Stary dadzą sobie radę na tej wymagającej trasie
– zapewnia Jerzy Stetz.

Kierowca przyznaje, że w latach 2004-2005 czterokrotnie dojechał z ładunkiem do Alaski, poznał jej surowe piękno i uznał, że warto zapędzić się tam raz jeszcze. Teraz, po dwóch etapach podróży "Starem 266 dookoła świata" i przejechaniu ponad 17 tys. km niczego nie żałuje. Ba – twierdzi, że wiekowe polskie ciężarówki zdały egzamin, chociaż na szutrowych, wyboistych górskich drogach dostały mocno w kość. Jego zdaniem, zasłużyły na określenie "nie do zdarcia".

Czego się obawiali przed wyruszeniem w trasę?

Wkalkulowali w to trudne przedsięwzięcie awarie pojazdów i związane z nimi przymusowe postoje, ale myśl o niemożności kontynuowania jazdy z powodów technicznych raczej nie spędzała im snu z powiek. Większe obawy wzbudzało ryzyko napotkania na obozowisku dzikich zwierząt, np. niedźwiedzi.

Skąd przeświadczenie, że Stary dadzą radę?

Ciężarówki zostały, co oczywiste, przygotowane od strony technicznej do długodystansowej jazdy. Zespół pięciu mechaników pod wodzą Kamila Grunta z Polski, który konstrukcję Stara zna jak własną kieszeń, zdemontował i ocenił stan wszystkich newralgicznych podzespołów i zespołów pojazdu, a następnie to co trzeba wymienił. Między innymi sprawdzono hamulce, uszczelniono piasty i zamontowano nowe koła z oponami Apollo (podróżnicy nie mogli później się ich nachwalić), wymieniono oleje, a po kilku dniach jazdy w upale na kabinach zainstalowano elektryczne klimatyzatory dachowe. Przed wyjazdem mechanicy pracowali po kilkanaście godzin na dobę, większość dnia w palącym słońcu Florydy, co było nie lada wyczynem.


Na skrzyni ładunkowej zielonego Stara zgromadzono zapas części zamiennych, w tym także kompletny silnik, opony, namioty, śpiwory, materace i sprzęt biwakowy. W czerwonym Starze umieszczono m.in. zestaw narzędzi, agregat prądotwórczy, dodatkowy zbiornik paliwa i kanistry, pojemniki na wodę i z jedzeniem, butle z gazem, grill. W kabinach zamontowano m.in. wygodne fotele, przetwornice napięcia i CB radia.

Bez mechanika ani rusz

Kamil (a także dwóch innych kolegów z Polski – Przemek i Maciek) był członkiem załogi, co zapewniło ekipie spokojny sen. Tym spokojniejszy, że wiekowy samochód o prostej konstrukcji można naprawiać przy użyciu podstawowych narzędzi, jak klucze czy młotek. A oni przecież wieźli ze sobą znacznie więcej. Ciężarówki eskortowało dwoje motocyklistów: Aleksandra Rospirska i Piotr Matczak.


Kamil nie może powiedzieć, że w czasie podróży próżnował – wręcz przeciwnie. Zwłaszcza w pierwszych dniach wyprawy codziennie coś regulował, uszczelniał, odpowietrzał, naprawiał, wymieniał... Usterki pojawiały się głównie w czerwonym Starze, który – w przeciwieństwie do zielonego – nie przeszedł gruntownego przeglądu w Polsce.


Później, po codziennych zabiegach, jakiś czas Stary sprawowały się bez zarzutu. Problemy zaczęły się w górach na drogach kiepskiej jakości. Wtedy były potrzebne poważniejsze naprawy np. alternatora, pompy wodnej, reduktora, wału napędowego i mostów, układu paliwowego.

W Kanadzie silnik jednego ze Starów zaczął tracić moc, ciężarówka nie rozpędzała się więcej niż do 75 km/h. Jako antidotum załoga wlała do zbiorników ulepszacze, które miały za zadanie rozpuścić zanieczyszczenia (szlamy), a dodatkowo oczyszczono odstojniki i wymieniono filtry paliwa. Poskutkowało – silnik odzyskał swoją moc.

Zdarzyło się, już w drodze powrotnej, że czerwony Star nie chciał odpalić w pozycji stacjonarnej, więc musiał być rozpędzany na sztywnym holu. Natomiast zielony, zamiast napędu z trzech wałów, korzystał tylko z jednego, bo dwa pozostałe zostały odpięte z powodu awarii reduktora. Czasem krótki postój był podyktowany tym, że zabrakło paliwa i trzeba go było dolać z kanistrów.

Gdzie byli i co widzieli?

Długo by o tym pisać, odnotujmy więc w skrócie. Pierwszy etap prowadził z Florydy do Chicago, gdzie samochody poddano pełnemu przeglądowi serwisowemu z wymianą olejów i filtrów. Następnie skierowali się do Edmonton w kanadyjskiej prowincji Alberta, gdzie podróżnicy odwiedzili m.in. Dom Polski. Później wskoczyli na liczącą ok. 2200 km długości trasę Alaska Highway, która wiedzie z Dawson Creek w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej do Delta Junction na Alasce. Stamtąd dojechali do Anchorage, dalej do Fairbanks w środkowej części stanu i w końcowym etapie podróży wiodącą przez pustkowia trasą Dalton Highway o długości 666 km (z autostradą nie ma nic wspólnego, raczej z drogą lokalną o bardzo kiepskim stanie nawierzchni) aż do miejscowości Deadhorse przy polach naftowych Prudhoe Bay u wybrzeża Oceanu Arktycznego.


O mały włos nie dotarliby na wybrzeże, gdzie jeżdżą tylko wycieczkowe busy z turystami. Zaryzykowali i dojechali na brzeg oceanu przez prywatne pola naftowe, 80 km w jedną stronę, nie zatrzymując się w punktach kontroli, gdzie sprawdzano przepustki wjazdowe. Dlaczego nie zostali przez nikogo zatrzymani? Czyż nie wyglądali jak ekspedycja naukowa?


Następnie zawrócili do Anchorage, gdzie zostawili ciężarówki i samolotem dotarli do domów. Wrócili po samochody niecały miesiąc później i rozpoczęli drugi etap wyprawy, czyli dojazd z Anchorage do Kalifornii. Po szybkim przeglądzie technicznym i drobnych pracach serwisowych (m.in. uszczelnienie kół, silnika i reduktora, wymiana przełączników świateł na desce rozdzielczej) samochody wyruszyły w trasę, by po kilku dniach dotrzeć do San Francisco zatrzymując się po drodze m.in. w kanadyjskim Vancouver.

Ciekawostki z trasy

Wyruszyli 15 czerwca z Florydy i jadąc przez większość czasu z prędkością 70-80 km/h dotarli do Oceanu Arktycznego po 21 dniach i pokonaniu ok. 9600 km. Z szacunkowych wyliczeń wynikało, że zużycie paliwa na nizinach i w pagórkowatym terenie wyniosło ok. 21 litrów na 100 km. Nie tak źle...


Jechali głównie drogami niższych kategorii, a na autostradach pojawiali się tylko wtedy, gdy było to konieczne. Jechali w różnych warunkach – w trudnym do zniesienia upale i sporym chłodzie, deszczu, dużym wietrze i mocnym zapyleniu, na wysokości chmur, po drogach płaskich jak stół i wyboistych, asfaltowych i szutrowych, prostych jak sznurek i gęsto usłanych zakrętami, po górskich szlakach pozbawionych barier zabezpieczających przed stoczeniem się w przepaść, po mostach wyłożonych stalowymi płytami lub drewnianymi deskami...


W Wisconsin mijali zaprzęgi konne kierowane przez Amiszów, a w Albercie napotkali pociągi drogowe składające się z ciągnika i dwóch naczep połączonych ze sobą za pomocą wózka lub spiętych bezpośrednio jedna z drugą. Na terytorium Jukonu odwiedzili Sign Post Forest, gdzie powstało miasteczko pełne tablic (m.in. z nazwami miejscowości) z całego świata, w tym także z Polski. Nasi podróżnicy znaleźli wolne miejsca i przykręcili tam oryginalne polskie tablice rejestracyjne, z którymi Stary przypłynęły do USA.


W terenach górskich napotkali stada kozic i reniferów, niedźwiedzie, nieco niżej stado bizonów, a na Alasce atakowały ich chmary komarów. W miarę zbliżania się do bieguna północnego wydłużał się dzień, co im nie przeszkadzało w odpoczynku po długiej jeździe – bardzo zmęczeni zasypiali natychmiast pomimo tego, że było jasno.

W Górach Skalistych, w poszukiwaniu miejsc noclegowych, pobili rekord dobowego dystansu – pokonali 780 km w ciągu 15 godzin. Rekord nie utrzymał się długo – następnej doby przejechali ponad 800 km, a później, już na Alasce, podwyższyli poprzeczkę do 1000 km na dobę. Starem po górach, gdzie wspinali się z mozołem pod strome podjazdy, a później zjeżdżali w dół po drogach o dużym spadku, czasem przekraczającym 10%, to był nie lada wyczyn.


Głosząc w Ameryce Północnej "legendę Stara" widzieli płonące lasy Alaski jadąc w kłębach dymu. Oglądali również tereny przekopane przez poszukiwaczy złota, przepłynęli Jukon promem, dla zabawy i sprawdzenia możliwości terenowych Starów przejechali przez górski potok. Nagrali dziesiątki filmików, które można zobaczyć na kanale "Starem 266 dookoła świata" na YouTube, i zrobili setki zdjęć, do obejrzenia na facebookowej stronie o tej samej nazwie.

Co dalej?

Po wykonaniu koniecznej obsługi technicznej Stary za jakiś czas popłyną statkiem do Indii, które wraz z Nepalem (zahaczą o Himalaje) będą trzecim etapem ich podróży. Później samochody zostaną wysłane drogą morską do Turcji, skąd na kołach pojadą do Polski. Zwieńczeniem ekspedycji będzie udział truckerów z Ameryki w jubileuszowym zlocie z okazji 75. rocznicy rozpoczęcia produkcji pojazdów w Starachowicach. Jerzy Stetz obiecuje, że czerwony Star zostanie wtedy przekazany do tamtejszego muzeum. W planach jest również udział w przyszłorocznym zlocie Master Truck.

Na koniec wypada wymienić głównych sponsorów wyprawy. Są to: producent ogumienia Apollo Tyres, firma transportowo-spedycyjna TopTen Express Poland z Białegostoku (oddział amerykańskiego potentata tej branży), producent opończy Doktor Plandeka z Zamościa, serwis pojazdów ciężarowych Tom's Trucks Repair, firma usług hydraulicznych LRM Plumbing z USA, a także Rączka Ruchomości.

Tekst: Cezary Bednarski
Zdjęcia: Facebook, screeny z YouTube
Do ulubionych
Photo by Josh Hild from Pexels